| Jesteś doskonały. Ale musisz przyznać, że parę haczyków jest w twoim światku. Z moimi niedoskonałościami mogę być nie gorszym bogiem niż ty. Moją jedyną wadą, jest że nie wiem wszystkiego. Bardzo dużo mi umyka. Ale tobie też, (boże, o którym wie po prostu więcej osób) można by wiele zarzucić. Wiesz, przemoc, ból, mózg, seler, tego typu pierdoły. Ja byłabym lepszym bogiem niż ty. Ja mam mniej wad. Pozwól mi być tobą. Co ci szkodzi. Co ci szkodzi. Co ci szkodzi. Co ci szkodzi. Co ci szkodzi. Co ci szkodzi. Co. Co. Co. Co. Co ci szkodzi. Ja wszystko zrobię lepiej. Miałam więcej czasu niż ty na wymyślenie sprawnego mechanizmu. Pozwól mi, pozwól, pozwól, pozwól, proszę, specjalnie dla ciebie stworze krainę wiecznego niedzielnego poranka, będziesz odpoczywał i wąchał kwiatki. tylko mi pozwól. Co ci szkodzi. Pozwól mi być tobą, proszę, co ci szkodzi, co, co, co ci szkodzi, pozwól mi być sobą, tobą, nieważne, jestem lepsza, jestem lepsza, jestem lepsza niż ty, ja, ja, ja, ja, nie ty, ja. |
piątek, 29 lipca 2011
Bardzo fioletowy samochód od którego aż bolą zęby
Takie rzeczy oni naprawdę robili takie rzeczy i ktoś im na to pozwalał
Wiem, czemu świat jest beznadziejny, mamo. To przez książki z dobrymi zakończeniami. Żeby był popyt na takie książki, w życiu musi być odwrotnie. Nikt nie chce teraz czytać książek ze złym zakończeniem. To byłoby zbyt normalne, zbyt codziennie. Apeluję do was, obywatele. Czytajcie książki, w których losy bohaterów są z góry przesądzone, a wasze życia zmienią się na dobre.
Myślę że nie mamy tu już nic do roboty Charles
Pewnego dnia w małym zamku, schowanym za dwoma dużymi pagórkami i jednym mniejszym, żył sobie brzydki książę. Ponieważ był brzydki, żadna księżniczka go nie chciała. Akurat w składziku z księżniczkami nie było żadnej brzydkiej, która zadowoliłaby się nim. Nie było również ładnej-litościwej. Więc książę był sam. Inne książęta wyśmiewaly go, bo był jakiś taki nieproporcjonalny. Stopy miał większe niż odległość od łokcia do nadgarstka, uszy za małe, a sterczące, wągry, a zęby miał krzywe, a że nie było wtedy jeszcze na świecie aparatów ortodontycznych, musiał z takimi żyć. Po jego mieście krążyły plotki o mistycznej Prawdzie, która jest Gdzieś. Wyruszył więc jej szukać, a że nie miał nic lepszego do roboty, postanowił szukać jej aż do skutku. Po latach poszukiwań znalazł Gdzieś, a w Gdziesiu była Jaskinia. Wszedł do Jaskini i poznał Prawdę. Ale Prawda to była bardzo ładna księżniczka, i kazała mu wypierdalać. Więc się zabił.
Konsekwentny postęp w schodzeniu na manowce
Ktokolwiek wymyślił sobie świat - ma mój szacun. Nadal istniejemy. Nadal się nie powybijaliśmy. Parę tysięcy lat ludzkości to całkiem dobry wynik. Mistrzowsko rozegrana partia, panie stwórco. Mistrzowsko. Tak sobie teraz myślę, że pan stwórca jest trochę jak moja poprzednia notka. Mógłby dać nam więcej. Mógłby. Ale zadowala go względnie bezpieczne minimum. Ja zrobiłabym to lepiej. Dobra jestem we wnoszeniu poprawek. Nie zawsze umiem tworzyć sama - ale cokolwiek ty zrobisz, ja zrobię to lepiej. W moim światku na przykład, ludzie nie mieliby węchu. Gwarantuję, że gdyby tak dodać do siebie wszystkie ładne, i wszystkie brzydkie zapachy - przeważałyby brzydkie. Po co więc tracić. Pozbawmy się węchu. Nie dałabym im też wzroku - nie widząc się nawzajem, nie byłoby rasizmu, feminizmu, i innych takich głupot. Swoją drogą zabawne jest to, co ludzie o sobie myślą. Świat jest już przeorany ścieżkami. Cokolwiek robisz, było już to wałkowane tysiące razy. Ścieżki się pozacierały, to dlatego wydaje ci się, że je tworzysz. Gówno prawda. Jesteś odśnieżarką. Koparką z turbonapędem. Zabrałabym ludziom dotyk. Czyż nie miło by było bez bólu? Milutko. Dałoby się przyzwyczaić, co? Można, nie można, nie nudź. Trzeba, nie trzeba, idź spać. Moi ludzie, wersja ulepszona, nie poznaliby dylematów. Wybieraliby wszystko losowo. Nie poznaliby intuicji. Nie poznaliby instynktów. One tylko wszystko zakłócają. Najważniejsza jest pewność. Ja jestem pewna, że Mój Świat, w skrócie MŚ byłby idealny. Gdybym nie była pewna, robiłabym błędy. Ale jestem. Chociaż jeszcze tego nie wiesz - zapamiętasz na pewno, jeśli powiem ci że mam stuprocentową rację. Teraz też mi właśnie uwierzyłeś. Chciałabym dać mojemu ludowi słuch, ale po co? Krzyk, śmiech, słowa, płacz, cisza. To wszystko przeszkadza. Muzyka prawie to równoważy, ale nic tak naprawdę nie wygra z ciszą. Więc słuchu też nie będzie. Może to brutalne, tak pozbawić zmysłów, ale na dobrą sprawę to najlepsze co może nas spotkać. Co spotkałoby moje społeczeństwo. Gdyby istniało. Ale nie istnieje. Właśnie dlatego, jest idealne.
Ostatni ze śmiertelnych
Co, gdyby robić wszystko na tyle tylko, by nie umrzeć? Żyć nie pełnią, a minimum, w stanie półhibernacji. Czy jest w tym coś złego? Niemoralnego? Co by się stało, gdybyś porzucił wszystkie cele, wszystkie marzenia, a całą uwagę poświęcił wgryzaniu się we własną świadomość? W końcu udałoby ci się dogryźć do sedna. Co wtedy? Co, gdybyś posiadł wszystkie sekrety wszechświata? Pozwoliłbyś sobie na słuchanie tego lepszego głosu w głowie. Wybór byłby prosty, bo wszystko co nie istnieje, jest proste.
A co, jeśli ci się uda? Jeśli tak, będziesz jedynym. Po co być jedynym? Po co zapełniać samotność klonami z przeszłości? Im głębiej, tym więcej miejsca. Czaszka ci się rozciąga. Czymś ją musisz zapełnić, albo ją czymś zapchać. Tylu jest ludzi naokoło. Każdy z nich ma inną historię. Co mam zrobić, żeby być każdym z nich? To co mam dziś mi nie wystarcza. Chciałabym mieć wszystko. Chciałabym bardziej niż reszta.
A co, jeśli ci się uda? Jeśli tak, będziesz jedynym. Po co być jedynym? Po co zapełniać samotność klonami z przeszłości? Im głębiej, tym więcej miejsca. Czaszka ci się rozciąga. Czymś ją musisz zapełnić, albo ją czymś zapchać. Tylu jest ludzi naokoło. Każdy z nich ma inną historię. Co mam zrobić, żeby być każdym z nich? To co mam dziś mi nie wystarcza. Chciałabym mieć wszystko. Chciałabym bardziej niż reszta.
Wielki Przemieniciel Świata
- Czy miałeś kiedyś uczucie - zapytał, starannie dobierając słów - jak gdyby coś tkwiło w twoim wnętrzu, czekając tylko, aż pozwolisz temu czemuś się wydobyć? Coś jak nadmiar mocy, którego nie wykorzystujesz... no, wiesz, jak woda, która spada swobodnie w dół, zamiast poruszać turbiny? - spojrzał pytająco na Bernarda.
- Chodzi ci o przeżycie emocjonalne, które można by odczuwać w pewnych odmiennych warunkach?
Helmholtz potrząsnął głową.
- Niezupełnie. Myślę o dziwnym uczuciu, jakie czasami miewam, uczuciu, że mam coś ważnego do powiedzenia i że mam dość sił na to... tyle tylko, że nie wiem, co to jest, i nie mogę tej siły użyć. Gdyby istniał jakiś inny sposób pisania... albo coś innego, o czym by można pisać... - Zamilkł na chwilę, potem mówił dalej: - Bo widzisz, dobrze mi idzie wymyślanie zdań, rozumiesz, słów, które człowieka aż podrywają, jak wtedy gdy siadasz na pinezce, wydają się takie nowe i ekscytujące, nawet gdy dotyczą czegoś hipnopedycznie oczywistego. Ale to nie wystarcza. Nie wystarcza, że zdania są dobre, dobre powinno być też to, co się z nimi robi.
- Ależ, Helmholtz, ty przecież robisz dobre rzeczy.
- Ah, tylko w pewnych granicach - Helmholtz wzruszył ramionami - A te granice są takie wąskie. Nie ma tam wystarczającej istotności, tak to jakoś wygląda. Czuję, że mógłbym robić coś znacznie istotniejszego. Tak, i bardziej gorącego, bardziej namiętnego. Ale co? Co bardziej ważnego jest do powiedzenia? I jakże można namiętnie odnieść się do rzeczy, o których mam za zadanie pisać? Słowa mogą być jak promienie Roentgena; jeśli używać ich właściwie, przenikną wszystko. Czytasz i słowa cię przeszywają. To jest jedna z tych rzeczy, których staram się nauczyć studentów: jak pisać, by słowa działały przeszywająco. Ale cóż u licha dobrego w tym, że przeszywają cię artykuły o śpiewach wspólnotowych lub o najnowszych udoskonaleniach organów węchowych? A poza tym, czy można uczynić słowo naprawdę przeszywającym - wiesz, jak najtwardsze promienie Roentgena - kiedy piszesz o takich rzeczach? Czy można powiedzieć coś o niczym? Do tego się to wszystko sprowadza. Próbuję ciągle, i...
(Aldous Huxley, Nowy wspaniały świat)
- Chodzi ci o przeżycie emocjonalne, które można by odczuwać w pewnych odmiennych warunkach?
Helmholtz potrząsnął głową.
- Niezupełnie. Myślę o dziwnym uczuciu, jakie czasami miewam, uczuciu, że mam coś ważnego do powiedzenia i że mam dość sił na to... tyle tylko, że nie wiem, co to jest, i nie mogę tej siły użyć. Gdyby istniał jakiś inny sposób pisania... albo coś innego, o czym by można pisać... - Zamilkł na chwilę, potem mówił dalej: - Bo widzisz, dobrze mi idzie wymyślanie zdań, rozumiesz, słów, które człowieka aż podrywają, jak wtedy gdy siadasz na pinezce, wydają się takie nowe i ekscytujące, nawet gdy dotyczą czegoś hipnopedycznie oczywistego. Ale to nie wystarcza. Nie wystarcza, że zdania są dobre, dobre powinno być też to, co się z nimi robi.
- Ależ, Helmholtz, ty przecież robisz dobre rzeczy.
- Ah, tylko w pewnych granicach - Helmholtz wzruszył ramionami - A te granice są takie wąskie. Nie ma tam wystarczającej istotności, tak to jakoś wygląda. Czuję, że mógłbym robić coś znacznie istotniejszego. Tak, i bardziej gorącego, bardziej namiętnego. Ale co? Co bardziej ważnego jest do powiedzenia? I jakże można namiętnie odnieść się do rzeczy, o których mam za zadanie pisać? Słowa mogą być jak promienie Roentgena; jeśli używać ich właściwie, przenikną wszystko. Czytasz i słowa cię przeszywają. To jest jedna z tych rzeczy, których staram się nauczyć studentów: jak pisać, by słowa działały przeszywająco. Ale cóż u licha dobrego w tym, że przeszywają cię artykuły o śpiewach wspólnotowych lub o najnowszych udoskonaleniach organów węchowych? A poza tym, czy można uczynić słowo naprawdę przeszywającym - wiesz, jak najtwardsze promienie Roentgena - kiedy piszesz o takich rzeczach? Czy można powiedzieć coś o niczym? Do tego się to wszystko sprowadza. Próbuję ciągle, i...
(Aldous Huxley, Nowy wspaniały świat)
I wtedy słońce zaczęło świecić jakoś tak jasno o tak to było dziwne
Myśli są miękkie, są piękne i gorzkie, a język daje tylko możliwości. Widzę ludzi, i, rozumiesz, widzę w nich ich życia. Tak naprawdę chyba obchodzi mnie jak mają na drugie imię, i do ilu umieją liczyć. Kolor ich oczu i co robili w wolnych chwilach ich dziadkowie. Czasem nie chce mi się czekać i patrzeć, szukać znaków i obserwować, ale wciąż jeszcze się zmuszam. Skąd masz(mam) wiedzieć że ktoś przyszedł, skoro nie zapukał, nie będziesz (będę)(a w sumie, to czemu nie?) przecież stać w progu. Czyli ani w środku ani na zewnątrz. Na pierdolonym, choć stabilnym moście między jedną a drugą możliwością. Czas mija, szanse blakną i znikają, a drzwi zamykają się. Zamykają. A mimo że czas coraz słodszy, nadal myślimy gorzko. Żałując tego co nie było, ale mogło być, i co mogłoby być, ale nie będzie. Czasem wolę więc ubrać się na czarno, i oddać honor straconym szansom. Przekraczając granice wolę nie mieć w sobie barw, nawet kolorowych myśli, żeby w razie czego mieć jakiś sposób na powrót. W ciemności nikt nawet nie zauważy, że przez chwilę mnie nie było. A potem, w końcu, rozumiesz, twarz już nie piecze, a kolce łaskoczą.
Podpisz się pod tym podpisz się krwią
Jaki jest, twój problem przechodniu? Czy jesteś głodny? Zjedz coś w takim razie. Zjedz cokolwiek. Zaproś kogoś na kolację, a potem ucieknij nie płacąc. Jaki wtedy będziesz mieć problem? Zbyt bezproblemowy? Nie martw się, i ten problem mogę rozwiązać, dam ci dwie działki koki, będziesz się martwić że ją znajdą. Nie pasuje ci taki problem? Nie można wybierać problemów. Tak, ja go wybrałam. Tak. Tak. Dobrze, wybierz inny. Chciałbyś martwić się o rodzinę? Przecież możesz, oh, kochany, zawsze możesz. Jeśli nie o nią, to o jej brak. Nie tego oczekiwałeś. Cóż, życie jest trudne. Martw się więc o to, że nie dostałeś takiego problemu jaki chciałeś. Tak, wiem, tak, nikt nie chce problemów. Ale ty mogłeś wybierać, czy to nie wystarczająco dla ciebie? Nie? To już nie mój problem. Jest twój, calutki, okrąglutki, możesz się nim zająć i o nim śnić. Cieszysz się? Nie? Teraz jedyne co masz to myślenie? I co z tego? To gorszy problem, ta? Trzeba było nie wybrzydzać i wziąć kokę.
Nie boję się nie boję nie boję się mamo o jak się boję
Czaisz, i tak stoisz sobie kurwa, na tym pierdolonym kresie i myślisz - iść, czy nie iść? Myślisz, jeśli się najem to pójdę, przecież nie mogę iść głodny. Ale jak się najesz myślisz, kurwa, ty to wiesz, jesteś pewien, nie możesz teraz pójść. Co, jeśli zachce ci się srać, w tym ważnym momencie, nie kurwa, nie, tak nie może być. Więc, stoisz, czekasz, pamiętasz, że proces trawienia trwa 36 godzin, ale to nic, to nic, nigdzie ci się nie spieszy. Możesz czekać. Możesz. Możesz, kurwa. W tym wypadku czekanie jest w porządku, jest milutkie kiedy jesteś pewny wytyczonej granicy. Nie myślisz nawet, że granica nie jest granicą gdy sam ją ustawiasz. Okłamując siebie, nie wezmą cię za kłamcę. To co zamknięte otwartym nie jest, twój umysł to elitarne miejsce, tak elitarne że nikt nawet o nim nie wie. Minuty są krótkie, czas się kurczy, jak sprężyna, pranie w tanim proszku, albo inna rzecz która się kurczy. 36 godzin to już nie jest wcale dużo. Mija. Kończy się. Ale wtedy, kurwa, jesteś już, taki zmęczony. Zbyt zmęczony, nie możesz iść zmęczony, nie, o nie, nie, nie, jak mogłeś w ogóle wziąć to pod uwagę, jest za późno, za wcześnie. Więc idziesz spać, kurwa, idziesz. Pójdziesz jak wstaniesz. Ale wtedy znowu jesteś, kurwa, głodny, ja pierdolę, to nie twoja wina, jesteś tylko człowiekiem. Musisz jeść, o kurwa, jak bardzo ci przykro, o boże, ale to nic, jakoś dasz radę, przecież jesteś pewny, że w końcu pójdziesz. Jeszcze tylko poczekasz aż strawisz i już, już, już biegniesz.
Popołudniowe słońce złociste jak oliwa i słodkie jak dzieciństwo
Czy
tymczasowe szczęście się liczy? Czy jest sens uszczęśliwiać się na chwilę? Czy zjedzenie czekoladowego ciastka zmieni coś w losach ludzkości? Nie, jasne, że nie. Ale jesteśmy zbyt ludzcy żeby tego nie potrzebować. Nasze potrzeby są czymś jakby poniżającym. Musimy to mieć, by nie oszaleć. Musimy stale utrzymywać się przy życiu. Właściwie swoje ciała. Nie jesteśmy z nimi pojednani. Karmimy je, zmuszamy do odpoczynku, ale to nie jest tak naprawdę ważne. W ogólnym rozrachunku nie ma żadnego znaczenia. Mimo to musimy jakoś zabić czas. Dla wygody umysłu. Żeby ciało nie przeszkadzało mu, stwarzało wygodne warunki,
czekając
Ale czekanie nie gwarantuje nagrody. Nie gwarantuje doczekania się, to nie jest równanie matematyczne. Czekanie nie jest w istocie czynnością. Jest... czekaniem. Odpoczynkiem przed zmęczeniem. Zawsze mamy prawo pytać. Pytania są pewne, są jasne i są konieczne. Ale są jak czekanie. Istnieją tylko po to, żeby się skończyć. Naprawdę ważne są odpowiedzi. Dziś mogę tylko pytać, czy
doczekamy się?
tymczasowe szczęście się liczy? Czy jest sens uszczęśliwiać się na chwilę? Czy zjedzenie czekoladowego ciastka zmieni coś w losach ludzkości? Nie, jasne, że nie. Ale jesteśmy zbyt ludzcy żeby tego nie potrzebować. Nasze potrzeby są czymś jakby poniżającym. Musimy to mieć, by nie oszaleć. Musimy stale utrzymywać się przy życiu. Właściwie swoje ciała. Nie jesteśmy z nimi pojednani. Karmimy je, zmuszamy do odpoczynku, ale to nie jest tak naprawdę ważne. W ogólnym rozrachunku nie ma żadnego znaczenia. Mimo to musimy jakoś zabić czas. Dla wygody umysłu. Żeby ciało nie przeszkadzało mu, stwarzało wygodne warunki,
czekając
Ale czekanie nie gwarantuje nagrody. Nie gwarantuje doczekania się, to nie jest równanie matematyczne. Czekanie nie jest w istocie czynnością. Jest... czekaniem. Odpoczynkiem przed zmęczeniem. Zawsze mamy prawo pytać. Pytania są pewne, są jasne i są konieczne. Ale są jak czekanie. Istnieją tylko po to, żeby się skończyć. Naprawdę ważne są odpowiedzi. Dziś mogę tylko pytać, czy
doczekamy się?
(Jezus zbawiciel łagodny i miłosierny)
|
Mamusiu patrz narysowałam motylka
Pewnie znów nic nie napiszę. Pogapię się w okienko i pójdę spać. I pewnie nie zasnę. Boże, jakie to tandetne, jakie beznadziejne, jakie do dupy. Mogłabym teraz, na przykład podpalić las. Wybić świadków i zeznać "oh... właśnie jadłam trójkątne kanapki na kocyku, na pikniku, na trawce, z moim wymyślonym przyjacielem. Oh, czemu właśnie mi się to przytrafiło, on nie żyje, już go nie ma, ogień zabija też Niewidzialnych, co za bezduszna istota podłożyła ten ogień"
Witaj, mały wędrowniczku
Myślę, że świat wymyka się nam spod kontroli. Dziś, i tylko dziś wierzę, że istnieje Bóg. I że jego plan dobiega końca. Ludzie zaczynają zbyt wiele rozumieć. Nie, nie tak. Zbyt wielu ludzi zaczyna rozumieć. Może to wada systemu - modyfikując genetycznie warzywa też możemy coś spieprzyć. Czuje, że nadchodzi czas, że gonią nas terminy. Serca biją nam szybciej, by nadrobić czas, który wkrótce stracimy.
Marcy? Gdzie jest Marcy? Marcy musi dać mi zastrzyk
Kiedy wyrzucasz coś do kosza, naprawdę się tego pozbywasz, kiedy mówisz że chcesz odejść, tak naprawdę cię już nie ma. Kiedy wrzucasz pieniądze do skarbonki, naprawdę musisz ją rozbić żeby je dostać z powrotem.
Jezu Chryste na bananie
Myślę, że jest coś wyższego niż ludzki poziom. Coś ponad. Nie do końca Bóg - chociaż można to i tak nazwać. Po prostu coś lepszego. Wszystko co ludzkie, tam nie istnieje. Jest mętnym wspomnieniem. Słabą kpiną. Myślę, że istnieje też niższy poziom. Coś gorszego niż bycie człowiekiem. Można by nadać temu strukturę piekło-ziemia-niebo. Piekło jako najniższy stan, niebo jako najwyższy. Coś na kształt snu, nieforemna iluzja. Bez jakiejkolwiek fizyczności. Czysta energia, nawet nie światło. Nie stan, i nie miejsce. Po prostu... to. Trochę jak muzyka, której nie słyszysz a czujesz. Łapiesz? Powiem Ci. Nie łapiesz. Nie potrafisz. I ja też. Słowa nie są wystarczające. Jak można opisać nimi coś, w czym one nie istnieją? Jak można opisać coś, co jest tak wspaniałe, że jednocześnie nie istniejąc istnieje?
Świat się zatrzymał świat zgiął się w pół jajotłuk dzielnie szusował w dół
Hej, ty, ty z lewej. Nie, nie tej lewej, tej drugiej (lewej). Jesteś mną. Po prostu podnieś słuchawkę telefonu-hamburgera i wykręć 0-800-CHYBA. Dzwoń, już, teraz, kwiatki więdną, woda się kończy, kwiatki się kończą, ludzie się kończą. Współczuj diabłu, chodź za króliczkiem, i tak dalej. Tylko idź, kurde, ruszaj się, gdziekolwiek, jakkolwiek, nawet niekoniecznie do przodu. Cofanie się to jakiś ruch, wiesz, a ruch jest dobry. Kwiatki się ruszają gdy rosną. Jeśli są do góry nogami i tak pną się do słońca. Łapiesz? Pnij się do mnie, czy coś, cokolwiek, ja tu czekam, kurwa, ja się nudzę, to źle gdy się nudzę, to się zawsze źle kończy. Czymkolwiek jesteś, mogę sprawdzić że zaistniejesz. Umysł jest silniejszy niż myślisz, niż ja myślę, niż ktokolwiek myśli, bo tak naprawdę nie myślimy. Czaisz? Nie istniejemy, kurwa, patrzymy tylko na siebie, tworząc imitację, na razie dość marną, ale to nic. W końcu nakarmimy samych siebie tą imitacją, halucynacją, tym Czymś. Wtedy w końcu ktoś pozwoli nam zamieszkać w swoich ciałach, w swoich domach, w swoich światach. Będziemy wystarczająco silni. Wtedy znikniemy, by móc wreszcie zacząć żyć. Rozumiesz? Tak?
Subskrybuj:
Posty (Atom)