piątek, 29 lipca 2011

Nie boję się nie boję nie boję się mamo o jak się boję

Czaisz, i tak stoisz sobie kurwa, na tym pierdolonym kresie i myślisz - iść, czy nie iść? Myślisz, jeśli się najem to pójdę, przecież nie mogę iść głodny. Ale jak się najesz myślisz, kurwa, ty to wiesz, jesteś pewien, nie możesz teraz pójść. Co, jeśli zachce ci się srać, w tym ważnym momencie, nie kurwa, nie, tak nie może być. Więc, stoisz, czekasz, pamiętasz, że proces trawienia trwa 36 godzin, ale to nic, to nic, nigdzie ci się nie spieszy. Możesz czekać. Możesz. Możesz, kurwa. W tym wypadku czekanie jest w porządku, jest milutkie kiedy jesteś pewny wytyczonej granicy. Nie myślisz nawet, że granica nie jest granicą gdy sam ją ustawiasz. Okłamując siebie, nie wezmą cię za kłamcę. To co zamknięte otwartym nie jest, twój umysł to elitarne miejsce, tak elitarne że nikt nawet o nim nie wie. Minuty są krótkie, czas się kurczy, jak sprężyna, pranie w tanim proszku, albo inna rzecz która się kurczy. 36 godzin to już nie jest wcale dużo. Mija. Kończy się. Ale wtedy, kurwa, jesteś już, taki zmęczony. Zbyt zmęczony, nie możesz iść zmęczony, nie, o nie, nie, nie, jak mogłeś w ogóle wziąć to pod uwagę, jest za późno, za wcześnie. Więc idziesz spać, kurwa, idziesz. Pójdziesz jak wstaniesz. Ale wtedy znowu jesteś, kurwa, głodny, ja pierdolę, to nie twoja wina, jesteś tylko człowiekiem. Musisz jeść, o kurwa, jak bardzo ci przykro, o boże, ale to nic, jakoś dasz radę, przecież jesteś pewny, że w końcu pójdziesz. Jeszcze tylko poczekasz aż strawisz i już, już, już biegniesz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz